Drukuj

Kronika harcerek ze Skarżyska Kamiennej, 1920-1930.

 

Fragmenty Kroniki Harcerek ze Skarżyska Kamiennej

„Zaczęta od 1928 r. prowadzona przez Dhn Zofią Wątłownę

 

Rok 1928.

Długoletnia praca w celu urządzenia kolonji spełznął (…) Pomimo oporu ze strony Koła udaje się jednak Dhnie Jance przekonać członków Koła, że kolonje dają wiele dobrego.

Dzięki zacnemu sercu Ks. Prałata Koprowskiego otrzymujemy teren na kolonje w majątku Szanownych Państwa Mokiejewskich w Rzucowie. Pięknie położona okolica nad rzeką Jabłonicą wokoło otoczona ładnemi lasami ma naprawdę wygląd cudnego zakątka – miejsce dla wypoczynku.

Była to pierwsza i samodzielna nasza praca. Kolonje trwały 2 tygodnie i były to kolonje robocze; to znaczy, że pracowałyśmy w ogrodzie dworskim, a za pracę otrzymywałyśmy: nabiał, warzywa, mieszkanie, opał. Wiele było braków w tej pracy, ale przysłowie mówi: „Niema tego złego, co by na dobre nie wyszło!”

Kolonje owe dały nam duże doświadczenia na przyszłość. Komendą kolonji były duże Druhny drużyny Warszawskiej, wyznaczone przez Główną Kwaterę Dhny: Stanisława Krucińska i Władysława Skorupińska. Obie te druhny ukończyły seminarium i jako świeżo upieczone nauczycielki złożyły próbę swej pracy na naszych kolonjach. Ogólnie na kolonjach było nam bardzo miło i wesoło. 

„Napad na spiżarnię!”

Wypadek niebywałej wielkości, a zdarzył się na Kolonjach w Rzucowie.

Widocznie przez omyłkę natchnęły … Komendę kolonji i mnie wybrano na kucharkę dając mi Luizę do pomocy. Boże! … prędzej spodziewałabym się budowania szałasu lub rąbania drzewa, a nie kucharki.

Rozkaz! Rzecz święta, nie ma żadnego „ale”! i trzeba się brać do roboty.

Śniadanie udało się doskonale, ale obiad! Nie wyobrażałam go sobie, nie chciałam nawet myśleć o tem.  „Kapusta! …” dyktuje gospodyni, wydziela porcje i idzie sobie spokojnie „opalać się”.

Bierzemy się do roboty! Rękawy pozawijane, a piosenką na ustach jedne krają kapustę inne obierają ziemniaki. Ja pod kominem palę, pokrojona kapustę wstawiam, a potem resztę i dokładając do ognia wyśpiewujemy wszystkie piosenki harcerskie i nie harc. Aż się rozlega po całym domu.

Komenda zwabiona takim krzykiem (bo śpiewałyśmy podobno trochę za głośno) przychodzi do kuchni i ciekawie dopytuje się o obiad.

Odpowiadamy w tajemnicy, że obiad składa się z trzech dań.

Nareszcie obiad gotów ! Wiwat! Kucharki! … pyszny obiad, wszystkie się zajadają. Obiad skończony i jeszcze kapusty się zostało. Zebrałam wszystką do dużej miski i schowałam do spiżarni z myśl, ze będzie na podwieczorek.

Tymczasem „Komenda” miała widocznie za mało bo cichutko się podkradłszy do spiżarni zabrały kapustę i mleko, zamknęły się w sypialni i dalej się raczyć. Nie uszło to oka kucharki. Zwoławszy całą koloniję pędem pobiegłam na obronę kapusty! – Niestety! Było już za późno! Kapusta była już zjedzona.

Dziewczęta się rozbiegły do zabawy, a ja jako kucharka musiałam naczynia posprzątać i jeszcze za hałas „deka” mi się dostała.

Postanowiłam zemstę. Na odprawie wystąpiłam z zażaleniem na Komendę o kapustę. Wszystkie się śmiały, komenda była w kropce, nie wiedziała co ma odpowiedzieć.

Sytuacja była nie do pozazdroszczenia – chwila milczenia – wreszcie  komendantka odpowiada: „Pomyślę nad tem!”. Na odpowiedzi się tylko skończyło. Komenda myślała aż do końca …. I nic nie wymyśliła. Przecież to jasne, ze nie może wydawać kary sama na siebie. Minęły lata ! a pamięć o kapuście pozostała i pozostanie aż do końca świata.

Zapisał: Grzyb.

… przy pomocy Dhny Mazurkowej postanowiłyśmy kolonje doprowadzić do skutku. (…) Ksiądz Prałat Koprowski przyszedł nam z pomocą – był pośrednikiem pomiędzy Panem Mokiejewskim a nami. W maju ułożyłyśmy warunki kolonji – były półrobocze. Trwały cały lipiec. 

O pierwszych kolonjach opiewa nam piosenka ułożona przez „Grzyba” pełna humoru i nigdy nie wychodząca z mody. O treści następującej:

A w naszym obozie hej! …

A w naszym obozie hej. Są druhny morawe hej!

Są tam zastępowe t.. la la la, Zadzieraja głowę w sia sia

Gwizdek rano woła hej!

Wstawaja do koła hej!

Każda butów szuka t   la la la

Na oboźną fuka u sia sia

Gimnastyka z rana hej

Wstawania siadania hej

Potem kąpiel w rzece t  la la la

Ku naszej ucuesze u sia sia

Życiem twoim mleko hej

Chodzić trza daleko hej

Dadzą ci szklaneczkę t   la la la

Z małą doleweczką u sia sia

Każą ci pracować hej

Kopać i gracować hej

Ogrodniczek miły tiu la la la

Lubią go dziewczyny u sia sia

A nasza komenda hej

Wszystkiego dogląda hej

Na każdej odprawie tiu la la la

Są rzeczy ciekawe u sia sia

Komenda surowa hej

Zamęczyć gotowa hej

… się nie daje tiu la la la

Prosić jeszcze łaje u sia sia sia

Wieczorem na ganka hej

Gawęda po ciemku hej

Nagle pośród ciszy tiu la la la

Kazda gwizdek słyszy u sia sia sia

Wszystkie się zrywaja hej

Cichutko klękaja hej

I modlitwa płynie tiu la la la

Ku wiecznej krainie u sia sia

A potem ścielanie hej

I głosne gadanie hej

Jeszcze minut kilka tiu la la la

I cisza jest wielka u sia sia sia

Nagle pośród ciszy hej

Każda gwizdek słyszy hej!

To alarm wśród nocy tiu la la

Zrywaj się co ocy u sia sia

Napisana w Rzucowie 15 lipca 1928 r.

 

Następnie zostały przywiezione piosenki ułożone przez druhny z kolonji w 1929 r.

Ciekawa piosenka o kiślu: 

Ciężko skautom żyć mój Boże

Prześladuje ich kto może to bida itd.

Na obiad ci kiślu dadzą

A potem do łóżka wsadzą

Kisiel w brzuchu dokazuje

Każda druhna podskakuje

Rewolucję w brzuchu mamy

Wszystkie łóżka rozwalamy

Przez to cisza się popsuje

Boso przez las maszerujem.

Komendantka głośno gdacze

A my wszystkie żabkę skaczem

Kiedy przez wieś maszerujem

Wszystkie baby się dziwują

Wszyscy mówią te fiksatki

Te harcerki to wariatki.

Komendantka razem z nimi

Maszeruje jak z głupimi.

Nawet buty się litują

Same w górę wylatują

Komendantka buty łapie

Biedna druhna boso człapie

Gdy do domu powracamy

Na komendę wymyślamy

Jedna płacze, druga stęka

A trzecia od śmiechu pęka.

Napisano w Rzucowie w lipcu 1929 r.

Z piosenek tych wyciągam wniosek ze druhny pracowały na kolonjach nad tem, ażeby ułożone piosenki zawsze żywo przypominały błogo spędzone kolonje w gościnnym majątku Pp. Mokiejewskich w Rzucowie.

 

Moje wspomnienia z kolonji w Rzucowie

1.VII – 1.VIII.1930 r.

Rzuców!... słowo to nasuwa przed oczy piękny widok majątku Państwa Mokiejewskich, położonego nad rzeka Jabłonicą.

Piękna posiadłość otoczona wokoło lasami, posiada w swym składzie trzy wioski i dwa folwarki doskonale utrzymane.

Cały majątek wygląda jak gaik dębowo-brzozowy, poprzeżynami stawami i strumykami.

W najpiękniejszych miejscach są pobudowane domki jak maleńkie wille. W owym majątku już trzeci rok z rzędu spędziłyśmy kolonje wypoczynkowe. Ten sam dom, ta sama rzeka i ta kapliczka na olbrzymim dębie wstrząsa duszą człowieka i wyciska łzy w oczach z radości.

W pierwszym dniu pobytu z dziecinna radością obiegłam pokoje, podwórze i rzekę szepcąc: „Witajcie mi! Miłe i kochane kąty!”

Wrażenie działało nie tylko na mnie, więcej jeszcze na dziewczęta, które pierwszy raz przyjechały na kolonje. Nie miały słów do wyrażenia swej radości; co chwila okrzyki na to lub owo; co krok to piękniej, to milej.

Dziewczynki polubiły to miejsce i każdy dzień zdawał się minutą, a nie dniem.

Życie na kolonjach rozwinęło się w całej pełni. Ranna pobudka zrywała wszystkich na nogi. Jeszcze oczy zaspane, jeszcze resztę snu gdzieś się goni, a tu już gwizdek na gimnastykę.

Leć biszkopcie co sił, bo za spóźnienie to kara. Piękny ranek, ciepłe słoneczko dodawało ruchu do pracy.

A kiedy po ćwiczeniach w zwartym szeregu zaśpiewałyśmy „Ledwie skowronki! to o śnie zapomniałyśmy zupełnie.

Ranna kąpiel w rzece dawała dużo ruchu i sprężystości. A potem najpiękniejsza chwila to podnoszenie sztandaru i modlitwa pod dębem.

Cicho, szeptem płynęła modlitwa do stóp najwyższego; serca korzyły się przed Panem nad Pany a potem nagle: „Kiedy ….!” Jak jedno potężne uderzenie dzwonu zrywało się w piersi każdej i płynął śpiew na te pola przystrojone złotemi kłosami zbóż, na łąki pełne kwiatów perlonych rosą – a jeszcze śpiących.

Płynęła pieśń na cicho stojący las, który jakby czekał na zbudzenie go ze snu. Płynęła pieśń na wioskę, wdzierając się do chat budząc dzieci wiejskie.

W koszulinach biegły na próg chaty i słuchały – słuchały i szeptały: „Panienki się modlą!”.

Pieśń ta dawała tyle uczucia, tyle piękna, ze nie chciało się jej kończyć, ale śpiewałoby się długo, długo bez końca.

Przeżegnawszy się, biegłyśmy na śniadanie, miły zapach kakao nęcił podniebienia.

I znowu gwizdek… wszystkie wokołu stołu stoją i patrzą, ażeby nie przekroczyć przepisów: „Komenda pierwsza siada” – stuka jedna drugą w łokcie.

Kilka słów modlitwy i zajadamy z apetytem śniadanie.

„Dzięki Boże za te dary!” i znowu gwarno – rozchodzimy się do swoich zajęć.

Kucharki zwijają się koło kuchni i myślą nad tem, aby obiad był na czas i smaczny. Służbowe kończą sprzątanie sypialni i wymarsz na szukanie dobrych uczynków.

Dobrych uczynków było zawsze dużo ale nas obowiązywał jeden wielki i nigdy nie odrobiony dobry uczynek względem naszych opiekunów P.p Mokiejewskich.

Dziewczęta z ochotą szły do ogrodu lub na groble, aby swą pracą spełnić dobry uczynek.

Było za co pracować – dobre i szlachetne ich serca dużo dobrego nam dały.

Państwo Mokiejewscy umieli ująć dzieci – które lubiły ich jak najlepszych przyjaciół.

Codzienne wizyty p. Mokiejewskiego sprawiały dzieciom dużo radości – bawił się On z niemi urządzając przeróżne figle.

Za dobre wywiązanie się z gry były nagrody: wiśnie i cukierki.

Słynął na całą okolicę z obfitości cukierków, zawsze miał ich pełne kieszenie.

Dla miłych wspomnień dla całej kolonji zrobiłyśmy zdjęcie z całym dworem, przed pałacem P.P Gospodarzy.

Patrząc na nią dzieci prędko nie zapomną tak dobrego pana.

O kochanych córeczkach nie zapominali rodzice; każda niedziela przynosiła nam niespodzianki w osobach gości. O miło nam było z temi „Kochanemi mamami”, przywoziły wiele dobrych rzeczy, a my za to opowiadałyśmy o wszystkiem co u nas się zdarzyło, ze były karne ćwiczeni, ze obiad się przypalił, że P. Mokiejewski przywiózł cukierków i.t.p.

Wesoło płynęły dni jedne jasne i ciepłe inne ponure i zimne. Nie obeszło się jednak bez wypadków. Susza sprowadzała często pożary. My – harcerki niosłyśmy pomoc biednym  tym ludziom – Zastęp pożarniczek był zawsze na usługi.

Nie czekałyśmy podziękowań, ale one same nas znajdowały w osobie P. Mokiejewskiego.

Wychowanie fizyczne na kolonijach rozwijało się nieźle: siatkówka, hazena, więzienna, palant. Oto co składało się na wychowanie fizyczne.

Kucharki zgrzane biegały z garnkami, to z talerzami, ustawiając i co chwilę sprzątając.

Wieczór przynosił wiele czaru i ukojenia. Gdy zmęczone całodziennym bieganiem siadałyśmy na ganku i słuchając gawędy odpoczywałyśmy.

Ciepła noc lipcowa niosła nam wieczornym swym powiewem zapach łąk i szum lasów.

Niosła ukojenie i ciszę.

Oczarowane pięknem nocy dugo siedziałyśmy na ganku, śpiewając kochane nasze piosenki.

A ludność wiejska zbierała się koło domu i słuchała.

Pieśń nasza niosła im radość do serca, niosła im zrozumienie miłości bratniej i ukochanie naszej pięknej Ojczyzny.

Miesiąc szybko minął i czas wracać do domu, do pracy codziennej.

Przeżyłyśmy cudną bajkę życia, a teraz trzeba wracać do rzeczywistości. Trzeba pożegnać miłe i kochane kąty życząc im cierpliwości do przyszłego roku.

Ostatnia ranna modlitwa – ostatnie śniadanie, przy stole śpiewamy „Mijają szybko chwile”, „Chwila skrzydlata”.

A potem ruch, jak w dniu przyjazdu – pakowanie, sprzątanie.

Obiad zjadłyśmy na stojący, czekamy na autobus.

Minuty płyną – wszystko gotowe, a sztandar czeka na ostatnie pożegnanie. Wsiadamy – wieś żegna nas głośnemi okrzykami „Wszystko co nasze!” płynie pieśń na pożegnanie sąsiadów.

Wróciłyśmy zdrowe i silne, opalone, z wielką energią do pracy.

W trzecią rocznicę pobytu na kolonijach skreśliła te słowa wiec komendantka kolonji.

www.we-dworze.pl, Wszelkie prawa zastrzeżone ©